Spoglądam we wsteczne lusterko. Widzę, jak Noah dalej męczy się próbując wyważyć łomem drzwi do starej szopy. Staram się uspokoić. Przed sobą widzę tylko pola otaczające polną dróżkę, którą zmierzamy do autostrady. Parzystokopytna istota w oddali patrzy na nas jakby przed jej oczami wylądowało pomarańczowe ufo.

Po dłuższej chwili  dojeżdżamy do miejsca w którym droga kończy się ogrodzeniem z bramą zamkniętą kilkoma łańcuchami i kłódkami. No świetnie, jakoś zapomnieli zaznaczyć to na nawigacji. Noah także nic o tym nie wspomniał. Wygląda na to, że musimy zawrócić i nadrobić trochę drogi. Cóż, z jeżdżeniem na skróty czasem tak bywa. Po prawej stronie kilkadziesiąt metrów dalej dostrzegamy jednak jakieś zabudowania. Jedziemy zasięgnąć rady od miejscowych. Na tym jedynym w obrębie kilku lub kilkunastu kilometrów ośrodku cywilizacji nie widać ani żywej duszy. Poza siwą głową wychylającą się z zakurzonego pickupa stojącego na posesji. Pytamy więc pana, jak możemy się stąd wydostać, a ten patrzy na nas z zaciekawieniem i pyta:

– A jak się tu dostaliście?

Teraz już całkiem serio mam wrażenie, że jesteśmy bohaterami jednej z tych książek lub filmów, w których beztroscy młodzi ludzie wybierają niewłaściwy skręt i otwierają tym samym serię mocno nieprzyjemnych zdarzeń łącznie z tragicznym zakończeniem. Poczułam nieprzyjemne dreszcze. To skąd się tu właściwie wzięliśmy?

Zacznijmy od początku, czyli pobudki w Wigwam motel w miejscowości Holbrook. To charakterystyczne miejsce na trasie dawnej Drogi 66, którą właśnie eksplorujemy. Stąd oto wyruszyliśmy, aby w drodze do parku narodowego Petrified Forest odwiedzić muzeum rodziny DoBell. Z Tripadvisor’a i strony internetowej dowiedzieliśmy się, że powstało ono w miejscu starej rodzinnej firmy, niegdyś wydobywającej i sprzedającej surowe oraz przetworzone skamieliny drzewne.

Podążając za wskazówkami nawigacji docieramy na ranczo oddalone nieco od głównej drogi. Fakt faktem wyobrażaliśmy to sobie nieco inaczej. Tymczasem przez pewną chwilę staliśmy patrząc na stoisko do sprzedaży ,,kolorowych kamyczków”, starą szopę, porozstawiane wszędzie graty i tabliczkę odpowiadającą na nasze niewypowiedziane pytanie – tak to jest to miejsce. Żadnych turystów. Ani jakichkolwiek innych ludzi. Może nieczynne? Ale zanim wróciliśmy do samochodu na horyzoncie pojawiła się jakaś kobieta i zmierzała w naszą stronę.

Pozytywnie zaskoczona powodem naszej wizyty powiedziała, że co prawda mieszka tu dopiero od paru miesięcy, ale istotnie muzeum tutaj jest – tyle że nie ma akurat jej chłopaka, który jest właścicielem i  który mógłby nam je pokazać. Radziła zaczekać, bo pewnie zjawi się lada chwila. Czekaliśmy razem. Po pewnym czasie pojawił się mocno zakurzony pick-up, zatrzymał się tuż obok nas i oto pojawił się długo wyczekiwany Noah. Spod daszka swojej czapki spojrzał na nas ciemnobrązowymi oczami, a trzy srebrne kolczyki zdobiące jego dolną wargę odbiły blask południowego słońca.

– On jest taki słodki! – stwierdziła nasza towarzyszka kierując w jego stronę rozmarzone oczy.  Podeszła do niego i opowiedziała mu pokrótce kim są niespodziewani goście. Wyraźnie zaznaczając, że o tej lokalizacji dowiedzieliśmy się z INTERNETU.

Dla nas osobiście ciekawsza była historia, którą opowiedział sam Noah DoBell. Firma i ranczo należały kiedyś do jego dziadka. W jego starym domu (tej niepozornej szopie) zebrano najładniejsze i najciekawsze okazy zmineralizowanego drewna tworząc małe, prywatne muzeum. W sumie całkiem sporo było tych eksponatów – serio, widziałam przez okno 😉 Gdy Noah zaproponował, że nam je pokaże, okazało się, że drzwi nie chciały się za nic otworzyć. Zatrzasnęły się i już. Ponoć nie pierwszy raz. Zdradził nam jednak przy okazji gdzie się podziewał w czasie, gdy tu na niego wszyscy czekaliśmy. Otóż jego kuzyn ukradł mu z muzeum kilka eksponatów i ten pojechał je odzyskać. Wyjął z pickupa torbę pełną zmineralizowanych kamieni. Gdy tak przeglądaliśmy sobie tą niezwykłą ,,galerię mobilną”, Noah wrócił do samochodu po… łoma.

Nie wiem ile horrorów i thrillerów w życiu przeczytaliście bądź obejrzeliście – ja zdecydowanie za dużo. Wyobraźnia trochę mnie poniosła. Oto byliśmy nie wiadomo gdzie, a sceneria bynajmniej nie działała na naszą korzyść w przypadku ewentualnej próby ucieczki. Absolutnie nikt nie wiedział gdzie się znajdowaliśmy – gdybyśmy w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęli nikt nawet nie wiedziałby gdzie nas szukać. Brawo my! Spojrzałam na metalowe narzędzie w jego ręku w poszukiwaniu ewentualnych śladów krwi. Na szczęście nic nie wskazywało na to, że kuzyn doznał jakiegoś poważniejszego uszczerbku na zdrowiu. Super – jest szansa, że to przeżyjemy. Ale co jeśli ów ,,kuzyn” rabujący rodzinne pamiątki to tak naprawdę ten gość próbujący właśnie dość nietypową metodą dostać się do ,,swojej” posiadłości. Spoglądam na Łukasza przeglądającego zawartość torby. Nasze odciski palców są już i na torbie, i na kamieniach. W najlepszym wypadku moglibyśmy odpowiadać za współudział – we włamaniu i kradzieży.

Pewnie świrowałabym tak dalej, gdyby Łukasz nie stwierdził z ultra spokojna miną, że w sumie to już i tak musimy jechać, więc nie ma sensu żeby z naszego powodu się trudził. Noah zapewniał, że już nie zajmie mu to dużo czasu, ale postanowiliśmy go mimo wszystko nie kłopotać. Zapytaliśmy czy tą droga dostaniemy się do autostrady i pożegnaliśmy się serdecznie.

– Przyjechaliśmy stamtąd – wskazaliśmy farmerowi kierunek. Droczył się z nami jeszcze przez chwile licząc na dłuższą pogawędkę, ale widząc że trochę jednak się śpieszymy doradził którędy dostać się do utwardzonej drogi. Zrobiliśmy jak powiedział i wkrótce samochodem przestało bujać na wszystkie strony, bo oto sunęliśmy po gładkiej asfaltowej autostradzie.

Moje irracjonalne, czarne scenariusze szczerze nas rozbawiły kiedy już było po wszystkim. Mieliśmy po prostu pecha, że gospodarze nie byli przygotowani. Jednak po powrocie do domu ta historia jakoś dalej nie dawała mi spokoju. Jak rasowy stalker wygooglowałam, że w rodzinie DoBell faktycznie od dłuższego czasu jest jakiś konflikt rodzinny związany z firmą i muzeum. Nie znalazłam natomiast żadnej wzmianki o morderstwie, czy  włamaniu i kradzieży z użyciem łoma, wiec chyba mówili prawdę 😉

W każdym razie polecamy zajechać tam każdemu, kto będzie w pobliżu Petrified Forest National Park w Arizonie – być może będziecie mieli więcej szczęścia i zobaczycie całą rodzinną kolekcję zbieraną od pokoleń. Jeśli nie to i tak może być ciekawie. I możecie tam tez kupić kawałki zmineralizowanego drewna w bardzo przystępnej cenie (w porównaniu do sklepiku w parku, czy innych przydrożnych sklepów
z tego rodzaju asortymentem).

Sabina