Krótko po przylocie do Kanady wiele rzeczy było dla nas nowych. Często ekscytujących – czasem wręcz irytujących. Po sześciu latach spędzonych za oceanem i z podręcznikiem do egzaminu na Obywatela Kanady pod pachą spoglądamy wstecz, by uświadomić sobie zmiany, jakie dokonały się w nas przez ten czas. I czego nauczyli nas legendarni Kanadyjczycy. Kilka punktów, które jako pierwsze przychodzą nam na myśl to:

1. Wymawiać HiHowAreYou jak jedno słowo i dziękować za WSZYSTKO

Kanadyjczycy używają zwrotów grzecznościowych niemal tak często jak przecinków, a zwrot Hi how are You nauczyliśmy się już wymawiać na jednym wydechu jak jedno słowo powitalne (i nie koniecznie liczyć na merytoryczną odpowiedź). Witać się radośnie z kierowcą autobusu przy wsiadaniu  i koniecznie podziękować za usługę przy wysiadaniu. Generalnie dziękować często i wylewnie. Słowo dziękuje kończy praktycznie wszystkie moje e-maile. I nie ważne jak bardzo się spieszysz i jak szybki telefon chcesz wykonać – grzecznościowy rytuał musi być (jest wręcz dziwnie jakoś jeśli nie ma). Czysto teoretycznie każdego Kanadyjczyka interesuje jak mija ci dzień i jaki był młyn w pracy. A jak już tak powiedzmy z tysiąc razy powtórzysz, że wszystko u ciebie dobrze i ogólnie great, to działa to jak zaklęcie stymulujące produkcję endorfin i faktycznie czujesz, że jest git 😉

2. Komplementować obcych

Kompatybilna do powyższego jest łatwość i bezpośredniość w komplementowaniu nawet obcych ludzi. Zupełnie niespodziewanie na ulicy możesz się dowiedzieć, że masz fajną fryzurę, czapkę, bluzkę (pryszcza :p) itd. I tak samo niespodziewanie któregoś dnia z twoich ust wychodzi pierwszy spontaniczny komplement dla osoby, którą widzisz pierwszy raz w życiu. A potem kolejny. I kolejny. Cholernie zaraźliwa przypadłość.

3. Kanadyjczycy lubią rodzime akcenty

Jedną z najważniejszych rzeczy jakich nauczyliśmy się w Kanadzie jest to, że wyczuwalny polski akcent (lub bardziej brak ,,amerykańskiego”) w mówieniu po angielsku nie jest powodem do kompleksów. Już pomijam fakt, że kanadyjsko – amerykańska wersja języka angielskiego mniej lub bardziej różni się od brytyjskiej, której to uczyliśmy się w szkole. Za każdym razem, gdy ambitne plany mówienia z akcentem niczym native speaker spalały na panewce to człowiek czuł że idealnie to to nie jest. A chciałby żeby było. Bo jak nie jest to lata edukacji w błoto, wielki wstyd po wieki wieków i bez tytki na głowie nie pokazuj się światu.

Tymczasem w multikulturalnym społeczeństwie Kanady twój rodzimy akcent (polski lub szerzej: wschodnio-europejski) to twój wyróżnik i atut. Pierwszą pracę złapałam między innymi dzięki temu, że miałam cute akcent. No w życiu bym nie pomyślała o takim scenariuszu. W wielkim garze o kształcie Kanady gotuje się wyjątkowa angielskojęzyczna zupa z dodatkiem m.in. amerykańskiej kukurydzy, włoskiego pomidora, chińskiej bok choy, indyjskiej kurkumy i naszej polskiej cebulki. Ta potrawa ma w sumie więcej składników niż nasza legendarna, świąteczna sałatka warzywna – i to jest OK.

4. Używać czeków płatniczych

To była dla nas kompletna nowość, kiedy pierwsze wypłaty w Kanadzie dostaliśmy w formie czeków. I z takimi oto regularnie otrzymywanymi świstkami papieru popierdzielaliśmy sobie do banku, gdzie uśmiechnięty kasjer po skomplementowaniu naszych rękawiczek i wyrażeniu zainteresowania tym jak minął nam dzień w pracy zasilał nasze konto wskazaną kwotą. Ewentualnie można było się udać do wpłatomatu, w którym samemu można taką operację  wpłaty czeka lub przekazu pieniężnego wykonać. Obecnie korzystamy z bankowej aplikacji mobilnej i realizujemy czeki załączając ich zdjęcia.

Jak przez 26 lat czeka w ręku nie miałam i był to tylko amerykański atrybut z hollywoodzkich produkcji tak przez te kilka ostatnich lat swojego życia setki ich zrealizowałam, a tysiące wystawiłam. I mam jakiś taki dziwny sentyment do tego rytuału. Polacy ominęli ten etap rozwoju bankowości i weszli gładko w elektroniczne przelewy na konto. Kanadyjczycy – wciąż jeszcze wypisują czeki (choć przelewy na konto także funkcjonują).

5. Korzystać z publicznych pralni i suszyć ubrania w suszarce

Niby banał, ale Kanada zmieniła też nieco sposób w jaki robimy pranie. Nie dość, że kanadyjskie pralki piorą jakoś szybciej, to jeszcze w pół godziny po wyjęciu ubrań z tejże możesz je spokojnie zakładać ponownie – zupełnie suche. Wszystko dzięki jej młodszej siostrze – suszarce. No czysta magia, słowo daję. Własna pralka w mieszkaniu to nie jest taka oczywista oczywistość jak w Polsce i my też takowej nie posiadamy. Mamy wspólną pralnię dla wszystkich mieszkańców budynku w dedykowanym do tego pomieszczeniu.

W Kanadzie i USA jest też pełno publicznych pralni z pralkami i suszarkami o różnej pojemności bębenka. Bez problemu mieszczą nawet kołdrę i poduszki. Dzięki tym ogólnodostępnym pralniom i suszarkom na roadtripa możemy brać mniej ubrań na zmianę, a jeśli zdarzy nam się, że np. zalejemy kocyk kawą to za kilka dolarów po około godzine znów będzie czysty i pachnący (i przyjemnie cieplutki w gratisie).

6. Kempingować w parkach

Skoro już przy roadtripach jesteśmy to warto wspomnieć, że i kempingowanie nabrało zupełnie innego wymiaru. Kanadyjczycy uwielbiają takie wypady ,,w dzicz” (alternatywnie na cottage – mały domek letniskowy, najlepiej nad jeziorem) i nie da się ukryć, że przyroda Kanady jest dla nich szczególnie hojna jeśli chodzi o naturalne tereny. Przepiękne parki, malownicze jeziora wielkości mórz, niekończące się lasy – to idealna opcja na wakacje, czy na weekend.

Nie wyobrażam sobie lata bez przynajmniej jednego kempingu. Przy czym trzeba uczciwie wyjaśnić, że kemping po kanadyjsku (i amerykańsku) to nie to co pamiętam z czasów szkolnych: namiot, ognisko obłożone kamieniami i hardcorowe mycie się w plastikowej misce. W parkach czekają specjalnie przygotowane miejsca wyposażone w stół, ławki, profesjonalne palenisko z rusztem, opcjonalnie z dostępem do prądu. Jest też dostęp do kraników z wodą oraz normalnych łazienek, najczęściej z prysznicami (z ciepłą wodą oczywiście). A twój kanadyjski sąsiad zamiast namiotu postawi sobie np. kampera, czyli takie mini mieszkanko na kółkach. Taka dzikość natury, ale bez zbędnej brawury.

7. Postrzegać setki kilometrów odległości jako ,,całkiem blisko”

Nawet jeśli coś jest oddalone o prawie tysiąc kilometrów niczym Ustrzyki Górne od Świnoujścia to w Kanadzie można powiedzieć, że w sumie jest to całkiem blisko. Przejeżdżając całą Polskę po przekątnej i przekładając ten dystans na zachodnią półkule brakowałoby jeszcze ze dwa razy tyle, aby wyjechać z Ontario, czyli jednej z wielu prowincji Kanady. Coś co kiedyś określiłabym wyprawą przez pół Polski teraz jest jedynie small trip’em – jak ten przysłowiowy rzut beretem.

8. Spokojniejszej jazdy samochodem

Bardzo byśmy chcieli, ale… niestety jeszcze NIE. Temat moich umiejętności jako kierowcy wymownie pominę, natomiast Łukasz prędzej zrobi wykład z zasad sprawnego poruszania się po drodze wszystkim współużytkownikom jezdni niż ze spokojem przyjmie kanadyjski, nieco ospały styl jazdy. Jak nietrudno się domyślić CB radia ani megafonu nie posiadamy, więc jedynym studentem, który regularnie uczestniczy w wyżej wspomnianych wykładach jestem ja. Stąd też wiem, że Kanadyjczycy jeżdżą za wolno i za mało dynamicznie (no chyba, że w Toronto – tam akurat jeżdżą sami wariaci), w zbyt dużych odstępach w których zmieściłyby się dwa autobusy i ogólnie zbyt przepisowo, a przez to nomen omen – niebezpiecznie (no bo nielogicznie – proste). Kapitan naszego statku woli prowadzić w Stanach, gdzie ruch jest bardziej dynamiczny, ale gdzieś tam w głębi serduszka na pewno chciałby jeździć tak spokojnie jak Kanadyjczycy.

Zobacz też: Co jedzą Kanadyjczycy?

Na pewno jeszcze parę rzeczy by się znalazło, ale to takie pierwsze jakie przychodzą nam na myśl. Kanadyjczycy to bardzo fajni ludzie – tak bardzo, że wymieniam ich jako drugi punkt na liście tego co najbardziej podoba mi się w Kanadzie, pokonani jedynie przez zgodnie najwyżej punktowaną naturę (inżynier na drugim miejscu wymienia jakość dróg :p). Za większością tych mniej lub bardziej sympatycznych twarzy kryje się wiele historii z różnych kultur i światów i to przynajmniej dla mnie jest mocno fascynujące. Spotkać w Kanadzie rodowitego Kanadyjczyka jest chyba trudniej niż Warszawiaka w Warszawie. Ludzie których spotykam np. w autobusie w większości nie są jeszcze ,,Kanadyjczykami” – ale powoli się nimi stają. Tak jak i my.

Jeśli i wy chcielibyście zaczerpnąć trochę kanadyjskiej rzeczywistości przeczytajcie nasz wpis o procedurze IEC, dzięki której można spędzić w Kanadzie nawet cały rok.

Sabina