Historia amerykańskiego kontynentu fascynowała mnie od dawna. I bardzo przyjemnie jest mi ją odkrywać w miejscach gdzie faktycznie miała miejsce: widzieć, dotykać i czuć ten klimat. W tym wpisie opowiemy o naszej podróży śladami Ojców Narodu Amerykańskiego, którym udało się zjednoczyć kolonie brytyjskie i przekształcić je w niepodległe państwo.  W ciągu kilku dni dołączyliśmy do uczestników Boston Tea Party, podpisaliśmy Deklarację Niepodległości i pierwszą Konstytucję oraz przenieśliśmy stolicę do nowiutkiego miasta Waszyngton. A wszystko zaczęło się od Bostonu.

,,No taxation without representation” – Boston ,1773

Trzynaście pierwszych kolonii położonych na wschodnim wybrzeżu od Georgii do New Hampshire było zależnych od Brytyjskiej Korony i Parlamentu, przez lata przyczyniając się do budowania ich potęgi gospodarczej na zasadzie, którą można krótko podsumować słowami  ,,płać i siedź cicho”. Aż do końca XVIII wieku, kiedy sytuacja braku wpływu na politykę podatkową zaczęła coraz mocniej kolonistów uwierać . Postulat ,,No taxation without representation” przybierał na decybelach i choć był jak najbardziej uzasadniony to pozostawał konsekwentnie ignorowany przez brytyjskich decydentów.  To się chyba nie mogło skończyć inaczej niż spektakularnym buntem, a ten konkretny, znany dziś pod nazwą „Bostońska herbatka” zapoczątkował niemałą rewolucję na kontynencie.

Boston Tea Party Ships & Museum

W Bostonie w muzeum Boston Tea Party Ships & Museum (306 Congress Street, Boston) można liznąć nieco realiów ówczesnych wydarzeń wcielając się w ich uczestników. Przez kolejne etapy przeprowadzają nas świetnie ucharakteryzowani aktorzy – moderatorzy (ten istotny czynnik ludzki wyjaśnia, jak mniemam, wcale nie niską cenę biletu do tego małego muzeum – 29,95 USD). Doświadczanie rewolucji obejmuje spotkanie i naradę buntowników oraz samą akcję wyrzucania herbaty za burtę repliki oryginalnego statku,  dodatkowo mini kino i gadające obrazy. Ogólnie super interaktywne muzeum. Absolutnie nie omijajcie Tea room’u, w którym ceremonialnie skropicie swoje kubki smakowe kilkoma odmianami mojego ulubionego niegdyś napoju. Jest dla mnie oczywistością (choć Łukasz zapewne tą tezę podważy), że herbata w Bostonie smakuje zdecydowanie lepiej 😉

Freedom Trail

Współczesny Boston w ogóle jest świetnym miastem, ale o tym opowiemy kiedy indziej. Tymczasem wszystkim tym, którzy lubią odkrywać historyczne bogactwo miejsc polecamy spacer po czterokilometrowym szlaku wolności, obejmującym 16 historycznych przystanków (mapa). Należą do nich między innymi:

Old South Meeting House (1729) – kościół, w którym zaplanowano herbaciany bunt

– Miejsce, w którym doszło do „Bostońskiej Masakry” uznawanej za punkt zapalny na napiętej już linii stosunków kolonialno-brytyjskich. W 1770 roku przed wejściem do Old State House w wyniku zbrojnej interwencji armii brytyjskiej, zginęło pięciu cywili. Znamienne, iż w późniejszym czasie z balkonu tego budynku po raz pierwszy odczytano Bostończykom Deklarację Niepodległości.

– Cmentarz na którym pochowano większość pierwszych osadników – Copp’s Hill Burying Ground (1659)

– Dom z czasów kolonialnych – Paul Revere House (ok 1680)

Faneuil Hall (1743) – market z lokalną sztuką i rękodziełami, często przyprawiany występami ulicznych artystów. Dodatkowo na pierwszym piętrze mieści się Visitor Center oferujące darmowe mapy szlaku, wycieczki z przewodnikiem, pamiątki itd.

Boston Common (1634) – pierwszy publiczny park miejski w USA, niegdyś przemawiał w nim Martin Luter King, dziś wykorzystywany głównie jako miejsce rozrywki np. koncertów.

Old Corner Bookstore (zbudowany w 1712, jako księgarnia działający od 1828), często odwiedzany przez Charlesa Dickensa

Szlak jest oznaczony ścieżką z czerwonej cegły. Poza nim w Bostonie można odwiedzić także inne National Historic Landmarks zwane zabytkami:

– pierwszy w USA ogród botaniczny (1860)

– bibliotekę publiczną z 1880 roku

Brook Farm  – miejsce, w którym George i Sophie Ripley założyli w 1841 roku utopijną, socjalistyczną wspólnotę opartą na założeniach popularnego w Nowej Angli nurtu transcendentyzmu. Miało być sprawiedliwie i dostatnie dla wszystkich członków, a wyszło jak zwykle w takich przypadkach. Eksperyment zakończono po sześciu latach, a Ripley’owie spłacali powstałe w tym czasie długi jeszcze przez następne 13 lat.

Tremont Street Subway (1897) – najstarszy tunel metra w Północnej Ameryce (działa do dziś)

Union Oyster House – wciąż działającą, najstarszą restaurację w USA (1826)

Beacon Hill (1962) – osiedle, zamieszkiwane niegdyś przez znane i cenione osobistości polityczno-biznesowe.

– i wiele, ale to naprawdę wiele innych.

Boston to kopalnia takich historycznych miejsc, wszak jest jednym
z najstarszych miast w USA (1630). Ze startymi podeszwami butów opuszczamy to miasto i zmierzamy na południe – do Filadelfii.  Oczywiście nie obejdzie się bez rytualnego wbiegnięcia  na schody przed Muzeum Sztuki (słynne Rocky Steps), co niegdyś uczynił Sylwester Stallone wcielając się w kultową postać boksera Rockiego Balboa. Niemniej jednak Filadelfia odcisnęła swój ślad w historii Ameryki znacznie wcześniej. I znacznie mocniej.

„We the People” – Filadelfia, 1787

Filadelfia oprócz typowych turystów szukających lokacji z filmów Rocky (1976), czy Philadelphia (1993), przyciąga wiele wycieczek szkolnych z młodymi Amerykanami. Paradują oni w mniej lub bardziej zwartym szyku przez pełne historii uliczki i budynki. Tu bowiem w latach 70-tych XVIII wieku opracowano i podpisano najważniejsze dla USA dokumenty, co dało Filadelfii status ,,miejsca narodzin narodu Amerykańskiego”.

Independence Hall

Efektem bostońskiego buntu i późniejszej wojny było uchwalenie przez uczestników II Kongresu Kontynentalnego Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych w dniu 4 lipca 1776r. Po burzliwych dyskusjach przedstawiciele trzynastu kolonii doszli do wniosku, że najwyższy czas uniezależnić się od macierzy. Amerykanie do dziś z właściwym sobie impetem świętują ten dzień jako najważniejsze święto narodowe. Wydarzenie o którym mowa miało miejsce w budynku Pennsylvania State House, który to z czasem otrzymał zacną i wymowną nazwę Independance Hall i jest dziś dostępny dla zwiedzających.

W środku można zobaczyć biało – zieloną salę (Assembly Room), w której podpisano deklaracje, a także nieco później w 1787 roku nowatorską ustawę, czyli pierwszą na świecie Konstytucję. Sala wygląda dziś niemal identycznie jak 230 lat temu, co na ówczesnym Instagramie uchwycił Howard Chandler Christy malując obraz „Scene at the Signing of the Constitution of the United States” (obraz znajduje się w Kapitolu w Waszyngtonie). Benjamina Franklina i George’a Washingtona już tam niestety nie ma.


„Scene at the Signing of the Constitution of the United States” by Howard Chandler Christy
Źródło:
https://www.senate.gov/artandhistory/history/common/image/Constitutional_Convention.htm

Dokument, który tam podpisano miał regulować zasady współżycia mieszkańców nowo powstającej wspólnoty trzynastu stanów i dać władzę oraz nowe prawa ludziom. To z preambuły konstytucji Stanów Zjednoczonych pochodzą słynne słowa We the people, co w owym czasie oznaczało mniej więcej tyle, ile widać na powyższym obrazie, czyli my biali mężczyźni, właściciele ziemscy. Do dnia dzisiejszego oryginalna ustawa doczekała się 27 poprawek, miedzy innymi tych rozszerzających domyślne znaczenie zwrotu z preambuły, jak na przykład 15-tej, która przyznawała równe prawa wyborcze mężczyznom bez względu na rasę (1870); 19-tej, która do grona uprawnionych wyborców włączała także kobiety (1920) oraz 26-tej, która regulowała minimalny wiek uprawniający do głosowania (1971). Co ciekawe, najpóźniej zmiany te wprowadzano na terenach wschodniego wybrzeża, czyli pierwszych 13-tu stanów założycielskich.

Independence Hall znajduje się na 520 Chestnut Street. Można go zwiedzić z przewodnikiem za darmo, ale należy wcześniej zdobyć bezpłatny limitowany bilet na 20-30 minutowa wizytę. Bilety wydają Rangersi w Independance Visitor Center (599 Market St, Philadelphia) od 8:30 rano według zasady kto pierwszy ten ma bilet ;). W centrum można się też zaopatrzyć w mapy i mini przewodniki oraz obejrzeć wprowadzający film w jednej z dwóch sal kinowych. W niektóre święta oraz po godzinie 17-tej w sezonie letnim bilety nie są wymagane. Szczegółowe informacje na temat godzin otwarcia i biletów znajdziecie tutaj.

Niedaleko Independence Hall znajduje się Liberty Bell Center, a w nim małe muzeum oraz ważny symbol wojny o niepodległość – pęknięty Dzwon Wolności. Odlany w Londynie, dotarł do Filadelfii w 1752, ale metal był tak kruchy, że pękł już w czasie testów. Wstęp jest bezpłatny, a sam dzwon skrupulatnie pilnowany przez ochronę, coby nie dotknęły go żadne ludzkie macki :p

Benjamin Franklin

Filadelfia to miasto w którym zmarł i pochowany został Benjamin Franklin – najstarszy sygnatariusz Konstytucji, który w owym czasie miał 81 lat i zmarł jako pierwszy z nich trzy lata później (1790). Znamienne, że na świat przyszedł w Bostonie leżącym na Massachusetts Bay w  British America, a zmarł już w stanie Pensylwania, w państwie United States. Obsypany monetami grób znajduje się na terenie wczesno amerykańskiego cmentarza Christ Church Burial Ground przy 340 N 5th St, gdzie spoczywają także jego żona (i mężczyzna, który ich grób wykopał, co z jakiegoś niejasnego powodu wydało mi się interesujące) oraz czterech innych sygnatariuszy Deklaracji Niepodległości (Benjamin Rush, Francis Hopkinson, Joseph Hewes i George Ross).

W Filadelfii znajdują się także założone przez Benjamina Franklina:

Union Fire Company (1736), zwana też kubełkową brygadą (Bucket Brigade) – pierwsza publiczna i ochotnicza straż pożarna.

Philadelphia Contributionship (1752) – najstarsza firma ubezpieczeniowa (wciąż działa: 1752.com), początkowo skoncentrowaną tylko na ryzyku pożarowym.

Pierwsza stolica USA

Jak nietrudno się domyślić Filadelfia pełniła także funkcję pierwszej stolicy Stanów Zjednoczonych między 1790, a 1800 – w czasie gdy Waszyngton jeszcze nawet nie istniał. Miasto urzeka piękną zabytkową i mocno europejską architekturą. Więcej historycznych wątków można poznać w:

Muzeum Amerykańskiej Rewolucji (101 S 3rd St, Philadelphia)

The President’s House: Freedom and Slavery in the Making of a New Nation (600 Market Street, Philadelphia)

National Constitution Center (525 Arch St, Philadelphia)

Polish American Cultural Center (308 Walnut Street, Philadelphia)

Historycznego klimatu dopełni spacer niepozorną uliczką Elfreth’s Alley, uznaną za najstarszą, zachowaną ulicę USA (1702). Ta brukowana alejka znajduje się między North 2nd St, a North Front St w okolicach starego miasta, ale jest niestety łatwa do przeoczenia. Ma zaledwie 120m długości i jest tak wąska, że otaczające ją 32 zachowane do dziś domy patrzą sobie okno w okno w dość intymny sposób już od ponad 300 lat. Wyobrażam sobie, że pożyczanie soli od sąsiada mogłoby się tutaj odbywać przez okno i nawet nie trzeba by do domu owego sąsiada z naprzeciwka iść. Ten wyjątkowy skansen to dobrze zachowany przykład XVIII-wiecznego osiedla robotniczego. Uwagę obiektywu przykuwa bogata kolorystyka i kwiecistość tej perełki.

Historycznie na tym kończymy i udajemy się do obecnej stolicy USA, czyli Waszyngtonu, który od Filadelfii dzieli niecałe trzy godziny jazdy (230km). Trzeba go tylko najpierw zbudować.

,,Friends and Fellow-Citizens” – Waszyngton, 1862

Nowo powstałe państwo potrzebowało bezpiecznej stolicy, a niestety Filadelfia przestała już taką być. W 1790 roku Kongres ustalił nową lokalizację na styku stanu Delaware i Virginia. Na potrzeby budowy nowiusieńkiej, nowoczesnej stolicy oba stany oddały część swojej niezagospodarowanej powierzchni o łącznej długości 16 mil. Tak powstał teren o nawie Dystrykt Kolumbia. Formalnie nie jest on stanem i np. nie ma reprezentanta w Kongresie, bo z założenia miał nie być zależny od władz stanowych czy miejskich, a podlegać bezpośrednio pod Kongres Narodowy. Columbia (nazwa federalnego dystryktu) to ówczesna, potoczna nazwa terenu zajmowanego przez pierwsze stany/kolonie, pochodząca od nazwiska jego odkrywcy – Kolumba.

Nowa stolica

Miasto Waszyngton (nazwane tak na cześć pierwszego prezydenta) zbudowano na zamówienie władz amerykańskich i to generalnie widać. Fucha federalnego projektu miasta przypadła pochodzącemu z Francji inżynierów i architektowi Pierre L’Enfant. Projekt zakładał, że mieszkańców będzie 800 tysięcy, co było przejawem niebywałego rozmachu w czasie, gdy w największym amerykańskim mieście (Filadelfii) mieszkało zaledwie 28 tysięcy dusz. Plan, który stworzył, był siatką nieregularnych prostokątnych bloków, poprzecinanych ukośnymi alejami. Skupiał się na Kapitolu i rezydencji prezydenckiej oraz uformowaniu wielu placów na skrzyżowaniach ulic, na których można by umieszczać pomniki, fontanny itp. Plan wykorzystywał przewagę nierówności terenu i był przygotowany na przyszłe potrzeby transportowe. Do dziś funkcjonuje także prawo regulujące wysokość zabudowy miasta – nie można postawić budynku wyższego niż szerokość ulicy przy której ma stanąć plus 1,8m.

Stolicę przeniesiono tutaj oficjalnie w 1800 roku. I choć słowa „Friends and Fellow-Citizens” pochodzą z pożegnalnego listu Georga Washingtona wydanego cztery lata wcześniej w Filadelfii, to właśnie w Waszyngtonie corocznie od 1862 roku rozbrzmiewały w Izbie Reprezentantów lub w Senacie upamiętniając datę urodzin ich autora (przez ponad 100 lat). Farewell Address – pożegnalne przemówienie pierwszego prezydenta stanowiło dla Amerykanów drogowskaz do dalszego rozwoju polityki wewnętrznej i zewnętrznej w czasie kryzysu wspólnoty. Intencją autora było między innymi uświadomienie współobywatelom jak wielka siła drzemie w zjednoczeniu i jak ważne jest jego utrzymanie. List jest jednym z najczęściej cytowanych tekstów w podręcznikach do historii (amerykańskich oczywiście 😉

National Mall

Waszyngton jest skonstruowany tak praktycznie, że większość turystycznych atrakcji znajduje się w jednym miejscu. Dzięki temu docierając do National Mall (deptaka/parku w centrum miasta) można już praktycznie wszystko obejść z buta i tu warto zadbać o to, aby but ten był wygodny. Nawet nie licząc wszystkich galerii i muzeów do których można wejść za darmo, wielu z was zapewne wyrobi swoją roczną normę kroków 😉

Zacznijmy od najważniejszego, czyli jednodolarowy banknot w dłoń i szukamy budynku, który znajduje się na rewersie. Kapitol wyrasta na jednym z końców National Mall i to jest miejsce, które zdecydowanie warto odwiedzić (zwłaszcza, że wstęp jest bezpłatny o ile uda wam się zdobyć limitowany bilet wstępu na wycieczkę z przewodnikiem: rezerwacja on-line). Bez biletu dostępna jest część parteru ze specjalną wystawą. I jak się zapewne domyślacie, na wejściu przetrzepią was tak jak leniwiec kanapowy swoje siedzisko w poszukiwaniu zaginionego pilota.

Wycieczka zaczyna się od bardzo patetycznego filmu, co byście nie zapomnieli w jak wspaniałym kraju jesteście 😉 Dalej zobaczyć można imponujące freski, obrazy i rzeźby (nam akurat utrudniała sprawę biała płachta rozłożyście przysłaniająca sufity oraz finezyjne rusztowania przy ścianach, bo akurat był remont :p). W Kapitolu znajduje się także District of Columbia Center Point – specjalnie oznakowany punkt wyznaczający środek dystryktu – przypadek? Nie sądzę. Kiedyś w krypcie pod Kapitolem spoczywał sam George Washington, ale przeniesiono go później do jego ukochanego Mount Vermont.

Zdecydowanie warta odwiedzenia jest Biblioteka Kongresu, która mieści się za Kapitolem i można się do niej dostać podziemnym przejściem. W środku jest tak piękna, że aż roni się łezka estetycznego zachwytu. Witraże, marmury, mahoń, sufitowe freski i imponujący zbiór książek wprawiają w osłupienie. Podobno zebrano tu po jednym egzemplarzu wszystkich książek świata wydanych w ciągu ostatnich 200 lat i nawet gdyby w tą legendę średnio wierzyć, to oficjalne statystyki podają, że zbiory liczą ok 200 milionów egzemplarzy, a półki ciągną się przez łącznie 856km. Wisieneczką na torcie jest np. oryginalna Biblia Gutenberga z 1455 roku (jeden z jedenastu egzemplarzy znajdujących się w USA i czterdziestu ośmiu, które zachowały się do dziś na całym świecie), najmniejsza książka świata – Old King Cole czy pierwsza książka wydana w Stanach (1640) – The Bay Psalm Book.

Warto też wstąpić do National Archive, gdzie znajdują się oryginały wspomnianych wyżej dokumentów, czyli Deklaracji Niepodległości i
Konstytucji oraz Karty Praw. Strzeżone są w iście amerykańskim stylu.

Jeśli na zwiedzanie Waszyngtonu macie mało czasu to jego resztę wypełni prawdopodobnie tournée po monumentach. Najwyższy – Washington Monument sam w sobie może imponujący nie jest, ale ze środka stanowi świetną wieżę widokową, jako że jest najwyższy w mieście – 169 m. Po bilety trzeba odstać w kolejce z samego rana, ale przynajmniej cena jest bardzo przystępna – czytaj: są darmowe (Waszyngton może człowieka rozpuścić w tym temacie 🙂 Jeśli zauważycie, że pomnik z zewnątrz jest dwukolorowy, to wiedzcie, że jest to efekt jego przerwanej na 40 lat budowy (wojna i problemy finansowe).

Po prawej stronie znajduje się Biały Dom, ale tam akurat wejść się nie da.  Trzeba się zadowolić widokiem zza bramy i co najwyżej wytężyć na maxa zoom w aparacie, aby zajrzeć do środka przez okna. Co ciekawe, George Washington był jedynym prezydentem USA, który nie mieszkał w Białym Domu (bo zmarł około rok przed ukończeniem jego budowy). Sam budynek jest już dziś znacznie większy niż pierwotna wersja. W roku 1902 roku dobudowano zachodnie skrzydło, w którym znajduje się między innymi słynny Gabinet Owalny, zaś w 1942 wyrosło skrzydło wschodnie, w którym swoje biuro ma Pierwsza Dama (i które to przykrywa podziemny bunkier dla prezydenta i jego otoczenia).

Od Washington Monument, aż do Pomnika Lincolna rozciągają się niezmącone wody  Reflecting Pool. Będąc z dziećmi trzeba je pilnować, coby się nie zaplątały we własne buty i przypadkiem nie wpadły do środka, bo basen wcale nie jest taki płytki na jaki wygląda.

I tu dochodzimy do chyba najbardziej ikonicznego pomnika w Waszyngtonie i niczym małe krasnale wspinamy się po schodach, by stanąć u stóp pół-prezydenta, pół-boga, czyli Abrahama Lincolna. No mają rozmach ci Amerykanie – bez dwóch zdań. W tym miejscu można by też przytoczyć wypowiedziane pod pomnikiem w 1963 roku słynne słowa „I have a dream”, które padły z ust Martina Lutera Kinga w trakcie przemawiania do ok 250 tysięcy osób na zakończenie Marszu na Waszyngton. Miejsce nie było przypadkowe, bo o realną emancypację czarnoskórych obywateli walczył równie wytrwale co w swoim czasie prezydent Lincoln.

Jako, że ten wpis dotyczy historii USA to na zakończenie z wielu innych polecamy Muzeum Ameryki, które jest świetnie rozplanowane i daje pogląd na całą historię w chronologicznym porządku.

Na tym etapie pewne są dwie rzeczy: do Waszyngtonu wrócimy jeszcze nie tylko na blogu, ale i w realu, bo w dwa dni zobaczyliśmy tylko tyle ile w nogach fabryka dała, a jest tego przecież znacznie więcej do zobaczenia. Jeśli i wy interesujecie się historią USA to taką małą, objazdową wycieczkę ogarnięcie sobie w kilka dni, a po drodze można jeszcze zahaczyć o Nowy Jork. Naszą trasę prezentujemy poniżej.

Sabina