Opowiem wam dzisiaj o jednym z fajniejszych Sylwestrów w naszym życiu. Był grudzień 2015 r. Zajarani jak Rzym za Nerona udaliśmy się do Nowego Jorku z zamiarem świętowania wraz z milionem innych ludzi na arcysłynnym Times Square. Taki punkt z bucket list – kto ma ten rozumie 😉 Tyle że z rana (rano to pojęcie umowne) postanowiliśmy jeszcze rozeznać się w terenie, czyli nieco z góry obejrzeć miasto, co by wiedzieć gdzie iść wieczorem.

Empire State Building – turbo kolejka

Padło na Empire State Building, gdzie okazało się, że kolejka zaczynająca się przed drzwiami kończyła się hen hen ,,za kornerkiem”. Użyliśmy tajnej sztuczki (nie pytajcie jakiej), aby pominąć zbyt długi ogon kolejki i dostaliśmy się do wnętrza budynku. Pewni oczywiście, że nie dalej niż na końcu holu znajduje się punkt sprzedaży biletów. Nic bardziej mylnego. Pokrętna kolejka ciągnęła się praktycznie całą drogę od parteru na punkt widokowy – paranoja jakaś. No ale skoro już tyle czasu zainwestowaliśmy w to stanie (nie drążmy tematu) to plan był taki, żeby dotrwać do końca.

Po drodze przeszliśmy przez ściankę fotograficzna, gdzie robią ci zdjęcie na zielonym tle (wszystkim – bez wyjątku), żeby potem na ten green screen nałożyć jakiś najczęściej średnio dopasowany widoczek. Tego typu pamiątki akurat mnie nie kręcą, nie mniej wspominam o tym dlatego, że niefortunnie Łukasz miał na sobie zielony sweter, a ta firma fotograficzna konsekwentnie co roku przysyła mi ofertę na personalizowane naszym zdjęciem gadżety typu kalendarze i inne kubki. Tak więc przynajmniej raz w roku rysuje mi się banan na twarzy, gdy patrzę na męża, który to bez cienia zażenowania połknął pół Manhattanu.

Jako, że kocham widoki na panoramy miast, nie zawiodłam się i tym razem. Kultowa scena z ,,Bezsenność w Seattle” odtworzona w pamięci dodała od siebie szczyptę magii. Szczerze mówiąc, jeśli coś warto robić w ostatni dzień roku to właśnie coś takiego (nie licząc tej kolejki). Zeszło nam tam w sumie strasznie dużo czasu, więc jeszcze zanim opuściliśmy ten przybytek, mega głodni udaliśmy się do restauracji na dole – Heartland Brewery. Pojedzeni ruszyliśmy zbyt wolnym krokiem w stronę Times Square. Do przejścia mieliśmy ok. 1 km, a impreza zaczynała się oficjalnie o 18:00.

Bryant Park

Gdy przechodziliśmy przez Bryant Park mój wzrok oprócz łyżwiarzy przyciągnęła budka z goframi Wafels&Dinges, a dokładniej rzecz ujmując ludzie, którzy odchodzili od budki ze swoimi zdobyczami w rękach. Tak pięknie pachnącymi, że potok ślinki okazał się silniejszy i podreptałam do kolejnej kolejki. Odeszliśmy z zestawem gofrowo kawowym. I jeszcze bardziej spóźnieni.

Times Square – zamknięte ulice

Najedzeni już na maksa zmierzaliśmy dalej na Times Square – byliśmy już prawie na miejscu. Nie doszliśmy jednak, bo okazało się że ,,impreza” zaczęła się już dużo wcześniej i w zasadzie duuuuużo dalej. Większość bocznych uliczek była już skrupulatnie zamknięta przez policję i wpuszczano tylko mieszkańców i klientów z biletami na zamknięte imprezy. Najlepsze miejsca na placu zostały pewnie zajęte już rano. Odeszliśmy dalej o jedną, drugą, trzecią uliczkę. Bez szans. Czyżbyśmy stracili naszą szansę? Przez gofry?

W końcu trochę już zrezygnowani trafiliśmy na ulicznego sprzedawcę ,,magicznych wejściówek’’ i po krótkich negocjacjach kupiliśmy dwie sztuki. Uczciwie mówił, że imprezy nie ma, ale dzięki temu dostaniemy się do zabezpieczonej strefy. Cena bynajmniej uczciwa nie była :p Niestety pierwszy policjant nie był głupi – zorientował się chyba, że coś tych różnych imprez wyrosło za dużo. A może zwyczajne miał to gdzieś, bo jego priorytetem w tym momencie było zapewnienie bezpieczeństwa dla stada amatorów świętowania Nowego Roku w zimowych puchówkach. Pojawiła się obawa, że wszystko na nic i kasa w błoto. Na szczęście udało nam się wejść na następnej bramce.

Sylwester na Times Square

Dostaliśmy swój przydział na skrzyżowaniu Siódmej Alei i 49-tej ulicy (o tu), w starannie monitorowanym przez policję sektorze (także nie umundurowaną) i zakaz przemieszczania się między sektorami. W efekcie nie było tłoku, ale do złotej kuli mieliśmy jakieś lata świetlne. Niemniej widzieliśmy to. Iskrzące się, wielobarwne cacko, które w swojej siódmej wersji od początku tradycji w 1907 roku miało dystans 43 metrów pokonać w ostatnie 60 sekund starego roku.

Trochę historii, czyli dlaczego akurat na Times Square?

Publiczne świętowanie Sylwestra na Times Square zaczęło się w 1904 roku. W tym samym w którym powstała pierwsza linia metra w Nowym Jorku i w którym ten słynny placyk otrzymał swoją obecną nazwę za sprawą przeniesienia siedziby gazety The New York Times (poprzednia nazwa to Longacre Square). Z tej okazji właściciele gazety wyprawili Sylwestra tak hucznego i obfitego w fajerwerki, że słyszany był nawet ok. 50 km dalej. W następnym roku powtórzyli imprezę. I kiedy dwa lata później władze miasta zakazały takich pokazów sztucznych ogni, na szczycie Times Tower pojawiła się cichutka, świecąca kula która miała je zastąpić. Gazeta wyniosła się z tego cieniutkiego, wysokiego budynku w 1914 r. do nowej lokalizacji przy 229 West 43rd Street, zostawiając Nowojorczykom i całemu światu (tzn. tej zainteresowanej tym wydarzeniem części) ikonicznego i mega popularnego, publicznego Sylwestra.

A  dlaczego Kula?

Bynajmniej nie jest to nowojorski wymysł dwudziestego wieku – takie spadające „kule czasu” były już dużo wcześniej używane do sygnalizowania upływu czasu i  synchronizacji w przybrzeżnych miejscowościach. Pierwszą taką kule zainstalowano na szczycie Królewskiego Obserwatorium w Greenwich w Anglii w 1833 r. Spadała o pierwszej po południu, a według niej kapitanowie pobliskich statków ustawiali swoje chronometry. I działało to na tyle dobrze, że na całym świecie zainstalowano ponad 100 podobnych kul (choć do dziś przetrwało ich niewiele). Oprócz Times Square, gdzie dla milionów ludzi sygnalizuje ona nadejście nowego roku, kulistą tradycję kontynuuje np. Obserwatorium Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie opuszczając kulę codziennie w samo południe. W Polsce także mamy swoją kule czasu – znajduje się ona na szczycie Latarni Morskiej Gdańsk Nowy Port o czym możecie poczytać tutaj.

Kula na Times Square

Ta o której dziś mowa przeszła wiele transformacji, zanim stała się tym czym jest teraz. Pierwsza zbudowana była z żelaza, drewna i stu 25-watowych żarówek. Ważyła 317,5 kg i miała 1,5 m średnicy. Następna pojawiła się w 1920 roku. Ważyła 181 kg i była cała z żelaza. W połowie lat pięćdziesiątych żelazo zastąpiono aluminium, dzięki czemu masa kuli spadła do 68 kg. W 1981 w ramach kampanii marketingowej „I Love New York” żarówki wymieniono na czerwone, a do całości dodano zielone listki, zmieniając tym samym białą kulę w kolorowe jabłuszko. I tak wyglądała ona przez kolejne 7 lat, aż wróciła do poprzedniej postaci. Rok 1995 to dodatkowa aluminiowa powłoka, cyrkonie, światła stroboskopowe oraz sterowanie komputerowe.

Całkowita reinkarnacja kulki odbyła się z okazji obchodów milenijnego sylwestra. Połączono tradycyjne materiały z najnowszą technologią jako symbol styku przeszłości i przyszłości.  Rok 2007 to z kolei setne urodziny tej kulistej tradycji, zwanej Ball Drop i okazja do kolejnych ulepszeń. Na kryształową kule wjechało oświetlenie LED, więc było jeszcze jaśniej i bardziej kolorowo. No i jest! Ważąca prawie 5,5 tony i ponad dwukrotnie większa od pierwowzoru (3,7 metra średnicy) kula z LED-owych trójkątów została już na stałe. To znaczy na cały rok i dzięki temu ci którzy Times Square odwiedzą np. w lipcu, też mogą zobaczyć słynną kulkę.

Przetrwać do północy

Właściwie to kulka była dla nas nawet lepiej widoczna niż muzyka słyszalna. Z pomocą przyszła podręczna technologia, czyli … transmisje na żywo – odtwarzane na smartfonach przez kilku innych amatorów nowojorskiego sylwestra. No czego chcieć więcej? Może np. ciepłej strawy? Lokalne pizzerie itp. wysłały swoich ludzi z naręczem ciepłych kartonów do mniej lub bardziej głodnego tłumu. Jeden z klubów fitness sponsorujących event rozdawał uczestnikom okazjonalne kapelusze wykonane z kolorowej gąbki. Bonusowe ciepełko w uszy.

I w tej oto specyficznej atmosferze dotrwaliśmy do końca imprezy. Odliczyliśmy wspólnie ostatnie sekundy, spadła kulka, rozbłysły fajerwerki, wszyscy krzyczeli Happy New Year. Ludzie się przytulali, całowali i zaręczali. Z wieżowców posypało się kolorowe konfetti (prawie 1,5 tony mini papierków), a z głośników po chwili uroczystej melodii tradycyjnej pieśni „Auld Lang Syne”,  popłynęła inna dobrze nam znana melodia w akompaniamencie głosu Franka Sinatry. To także część kultowej tradycji. Ciężko to opisać , ale energią tego miejsca można by zasilić statek kosmiczny. Times Square to miejsce absolutnie wyjątkowe.

Times Square po imprezie

No i pora wracać, a na ulicach nastroje wciąż mocno imprezowe. Ekipa sprzątająca zaczęła już swoją zmianę, by zdążyć ogarnąć to kolorowe tsunami przed świtem. Na jednej z ulic zaczepił nas jakiś tubylec proponując darmowe (tak dla odmiany) wejściówki na stand up. Weszliśmy do środka jako że i tak miasto było dość mocno zablokowane, a powrót teraz nie byłby ani szybki ani łatwy. Na miejscu okazało się jednak, że warunkiem darmowego uczestnictwa jest wykupienie minimum trzech drinków na głowę. Trzech. NA GŁOWĘ. Zrezygnowaliśmy. Przed wyjściem ochroniarz jeszcze upewnił się, czy oby na pewno żadnego drinka nie wypiliśmy i nie uciekamy nie płacąc. A ten uratowany budżet wymieniliśmy na nocne burgery w jednym z wielu otwartych całodobowo lokali. Po tym długim, pełnym wrażeń i kolejek dniu wróciliśmy w końcu na Queens.

Planujesz plenerowego Sylwestra na Times Square?

Pozwól, że coś ci doradzę:

1. Idź tam możliwie jak najwcześniej

Oficjalnie event zaczyna się o 18:00, ale dyscyplina sportowa polegająca na wcześniejszym zaklepywaniu najlepszych miejsc mogłaby być spokojnie wpisana na listę olimpijską. Choć może bardziej podobna jest do rozgrywek szachowych, bo zajęcie miejsca zbyt wcześnie też nie daje nikomu prawa własności do tej ćwierci metra kwadratowego amerykańskiej ziemi. Decydują policjanci którzy wyznaczają sektory i organizują ludzi w grupy. Dodatkowo ruch jest mocno utrudniony i przejazdy zajmują znacznie więcej czasu niż normalnie.

2. Zjedz i skorzystaj z toalety przed przyjściem na Times Square

Publicznych toalet nie ma, a nawet gdyby były to nie ma powrotu do raz opuszczonej strefy. Zainwestuj w pampersa jeśli 8 godzin to dla ciebie długość zaporowa :p

3. Zabierz przekąski (i wodę lub inny bezalkoholowy napój)

4. Zrezygnuj z alkoholu oraz dużych toreb i plecaków

Nie można ich wnosić. Parasolek też nie. Wszystkie torebki zostaną przeszukane.

5. Ubierz się ciepło – raczej nie ma co liczyć na to, że gęsty tłum cię ogrzeję

6. Może się przydać jakaś podkładka pod cztery litery, na wypadek gdyby zachciało ci się przysiąść na asfalcie.

7. Nie próbuj przechodzić między sektorami, słuchaj policji i innych służb porządkowych

Dwoją się i troją aby zapewnić nam bezpieczeństwo (zwłaszcza w czasach popularności zamachów terrorystycznych) i dzięki temu można odnieść wrażenie, że jest się w najbezpieczniejszym miejscu na ziemi.

Happy New Year!

Na koniec dodam, że podobno najlepszy widok jest na Broadway’u między 43-cią i 50-tą ulicą oraz wzdłuż Siódmej Alei, aż do ulicy 59-tej.  Mam nadzieję, że właśnie tam uda ci się dostać z ziomkami i przeżyjesz niezapomnianą przygodę tak jak i my. Jeśli jednak Times Square ci nie po drodze to możesz tam posłać swoje życzenia za pomocą hasztagu #ConfettiWish na Twiterze i Instagramie lub przez formularz online. Trafią one na płatki konfetti zrzucane o północy na głowy tych wszystkich rozentuzjazmowanych ziomków ze „Skwerka Czasu”.

Sabina